Sucha Bela – Słowacki Raj w pigułce

Share on Facebook40Share on Google+0Tweet about this on TwitterPin on Pinterest1

Sucha Bela

Sucha Bela to najczęściej odwiedzany wąwóz Słowackiego Raju. Razem z Przełomem Hornadu stanowią obowiązkowy punkt zazwyczaj każdej wycieczki w tamte rejony. Zapyta kto: dlaczego? Spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie.

O Przełomie Hornadu wspominaliśmy już w naszym pierwszym artykule z wycieczki po Słowackim Raju oraz przy okazji opisywania Klastorskiej rokliny. Bo Przełom Hornadu to jeden z najpiękniejszych i najbardziej znanych kanionów w Słowacji. Jest warty odwiedzenia jeśli ktoś nie ma lęków wysokości. Lecz trzeba brać pod uwagę fakt, że drabinki i podesty zawieszone nad nurtem rzeki mogą powodować wzrost ciśnienia.

Sucha Bela

Nie ma drugiego tak popularnego wąwozu w Słowackim Raju jak właśnie Sucha Bela. Co zapewnia jej ten fenomen? Ma 3,8 km długości i tam samo jak większości wąwozów tego parku narodowego obowiązuje tam jeden kierunek. To oznacza, że idziemy w kierunku przeciwnym do spływającej wody. Czyli idziemy w górę. Ma to swój sens, bo szczególnie na pionowych i poziomych drabinkach ciężko byłoby się minąć. Sucha Bela jest łatwo dostępna, ponieważ jej początek zlokalizowany jest w Hrabusicach, obok Autocampingu Podlesok.

Ten wąwóz mieliśmy zamiar zobaczyć zaraz pieszego dnia naszego pobytu w Słowackim Raju. Ale okazało się, że w nocy poprzedzającej nasz przyjazd zniszczony został jeden z pomostów. W związku z tym szlak był zamknięty, o czym dowiedzieliśmy się dopiero przy wejściu na szlak. Wspominałam o tym przy okazji artykułu o Przełomie Hornadu. Na szczęście dwa dni później nie było już takich problemów. A że był to okres majowego weekendu to spodziewaliśmy się sporo osób na szlaku. I pod tym względem się nie pomyliliśmy (ale o tym będzie później).

Jak już wspominałam wąwóz ma 3,8 km długości i czas jego przejścia podawany w różnych informacjach to 2 godziny. Czas ten nie obejmuje przystanków, postojów na odpoczynek, zdjęcia czy inne potrzeby. Bo w takim przypadku jest oczywiste, że czas się wydłuży. Tak samo może go wydłużyć wyższy niż zwykle poziom wody. A właśnie na taki trafiliśmy przy okazji naszego pobytu (padające kilka dni wcześniej deszcze dały o sobie znać).

  

Początek wąwozu miał być spacerem wzdłuż strumyka, a był raczej spacerem wzdłuż małej rzeczki i wśród powalonych drzew i gałęzi. Nasz pobyt tam 10 lat wcześniej pamiętaliśmy trochę inaczej (było zdecydowanie mniej wody i połamanych drzew). Nie zmienia to faktu, że Michał by zachwycony mogąc znowu iść po podestach czy drabinkach. Najistotniejsze było to, że mógł ponownie założyć kask i uprząż, które wyjątkowo przypadły mu do gustu.

  

  

Miejscami wody było tyle że albo przyklejaliśmy się do skał  albo próbowaliśmy przejść po pływających kawałkach drewna. To była świetna okazja aby sprawdzić czy nasze górskie buty przemakają. Bo to że ktoś prędzej czy później wpadnie do tej wysokiej wody było tylko kwestią czasu. Dlatego podziwiałam odwagę ludzi, którzy szli po tych śliskich kamieniach czy kawałkach drewna w ślizgających się adidasach, trampkach czy innych obuwiu łatwo zbierającym wodę. No ale jak ktoś luby chodzić w przemoczonych butach to już jego sprawa. Jednak kwestia poślizgnięcia się czy skręcenia kostki w takim przypadku nie jest tak odległa.

 

W końcu natrafiamy na …. korek. Korek do pierwszej pionowej drabinki. Ludzi jest tyle, że zaczynamy się zastanawiać czy ma to dalej sens. Nie mając na to wpływu oraz nie mając możliwości się cofnąć potulnie ustawiamy się na końcu kolejki. Stanie w korku zajmuje nam godzinę. W tym miejscu ściany wąwozu są już bardzo wysokie więc z zabijamy sobie czas oglądając okolicę, którą po pewnym czasie znamy już na pamięć, przy okazji pilnując żeby Wojtek nie wrzucił swojej czapki do wody. Na szczęście jest w miarę ciepło i świeci słońce.

 

 

Odczekawszy swoje wdrapujemy się na pierwszą drabinkę. I podążamy za sznurkiem ludzi chcących zobaczyć to samo. To tutaj dopiero przeciskając się między skałami trafiamy na te najciekawsze odcinki Suchej Beli. To tutaj woda szorując po drewnianych schodkach obmywa wszystkie buty po kolei, bo inaczej się przejść po prostu nie da. Ale trzeba iść do przodu bo z tyłu niecierpliwie czeka tłum ludzi, który nie ma czasu podziwiać okoliczności przyrody. A minięcie się w wąskich przejściach tez nie jest dobrym pomysłem. Czuję niedosyt, bo w najlepszym miejscu nie było możliwości zrobienia zdjęć. I pozostają tylko wspomnienia.

 

  

  

  

Wychodzimy do góry, wąwóz lekko rozszerza się. Wody nadal dużo więc nadal trzeba uważać, żeby się nie poślizgnąć. Jeszcze trochę podestów, łańcuchów, mniejszych i większych wodospadów, a potem lasem w górę i jest koniec. Koniec Suchej Beli. Teraz pozostaje już tylko przyjemny spacer w dół. Najpierw szlakiem żółtym, a potem czerwonym i szeroką droga wracamy na camping. Muszę się pochwalić, że Wojtek (mający wtedy 2 lata i 2 miesiące) na własne życzenie zszedł na swoich nogach w dół. Całą trasę w dół przedreptał sam. Powoli, nie spiesząc się, tam gdzie się dało to droga (zamiast lasem) wróciliśmy do campingu. Wg znaków powinniśmy schodzić 1:30 godziny, a szliśmy może z 1:50. Jak na dwulatka to rewelacja. Nie ukrywamy, że też byliśmy zmęczeni, oczywiście. To zupełnie normalne. Ale za to zadowolenie z przejścia tej trasy było bezcenne. Michał do tej pory wspomina, że ta Sucha Bela była wyjątkowo mokra :).

Share on Facebook40Share on Google+0Tweet about this on TwitterPin on Pinterest1

11 odpowiedzi do artykułu “Sucha Bela – Słowacki Raj w pigułce

  1. Magda

    Moje dziewczynki byłyby zachwycone:) Muszę zakupić odpowiednie uprzęże i na pewno się tam wybierzemy. Świetne zdjęcia oddające atrakcyjność tego miejsca. Brawa dla chłopaków!

  2. Magda Zbieraj

    Zawsze chcieliśmy jechać do Słowackiego Raju, ale nie zdążyliśmy przed dzieckiem, a teraz myślałam, że jeszcze długo nie pojedziemy. Wasz artykuł wyprowadził mnie z błędu 🙂 W przyszłym roku jedziemy i my!

  3. Asia

    Wow, uwielbiam takie klimaty. Coś zbliżonego (choć chyba mniej bezpiecznego) widziałam ostatnio w Chinach a tu tak blisko.. nie baliście się z dzieciakami? Już bym się tam wybrała z moim 7-latkiem:)

    1. Asia Autor

      Hej, trochę z nimi chodzimy po górach więc mniej więcej wiemy na co ich stać i na co sobie możemy pozwolić. Poza tym starszy miał kask i był zapięty w uprzęży – bo inaczej byśmy go nie zabrali. A i tak największą atrakcją dla niego były drabinki, podesty i łańcuchy 🙂 Młodszy szedł w nosidle, bo samego w tym wieku byśmy nie puścili 🙂

  4. Anita

    Nam ciągle nie po drodze, choć słyszeliśmy tyle pozytywnych opinii na temat tego miejsca. Chyba czas się zmobilizować i ruszyć w te piękne okolice. Skoro dzieciaki dały radę, damy pewnie i my 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *